Wiosna zaczyna się nieśmiało młodym mniszkiem, malutkimi listkami pokrzywy, szczawiem i pojedynczymi listkami czosnku niedźwiedziego, które dodaję do zielonych zup i sałatek. W maju przyroda wybucha. Czasem wręcz ciężko nadążyć...bez czarny, bluszczyk kurdybanek, glistnik, mniszek lekarski, pokrzywa, o którą trzeba walczyć ze ślimakami, kasztanowiec, brzoza, pędy sosny. Potem przychodzi czas na kolejne i kolejne...przywrotnik, srebrnik, skrzyp krwawnik, babka, wrotycz, bukwica...długo by wymieniać. I tak do późnej jesieni...coś się suszy, coś maceruje, coś przeobraża się w pyszne syropki lub nalewki...I stoi potem szczelnie zakręcone, czekając na właściwy czas.
Moja przygoda z ziołami trwa niezmiennie od dwudziestu kilku lat. Zaczynałam od wiedzy zdobytej z książki wypożyczonej z miejskiej biblioteki i pierwszych ziół przynoszonych spoza betonowej strefy mojego rodzinnego miasta. Teraz, mieszkając na wsi, wystarczy że zrobię parę kroków i już mogę się cieszyć darami Natury. Oprócz wiedzy książkowej doszła intuicja, czasem bezwiednie zastosuję coś co okazuje się potem pomocne w danym przypadku. Nie szukam konkretnych ziół na siłę, zbieram te, które same przychodzą. Niektórym pozwalam rozpanoszyć się po warzywniaku (rumianek, krwawnik) z niektórymi niestety muszę toczyć nieustanną walkę o skrawek ziemi (np. perz), z innymi z kolei idę na kompromis (mniszek).
Jedne chronią warzywa przed szkodnikami, inne wspomagają ich wzrost, jeszcze inne przyciągają owady zapylające...Wszystko w przyrodzie współpracuje, trzeba tylko wsłuchać się w jej rytm...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz