piątek, 1 grudnia 2017

Zasypało.

Opuszczony dom po sąsiedzku

No i przyszła zima. Lubiana i nielubiana.
Lubiana za białe krajobrazy, swoisty spokój za oknem, kiedy wstanie się o tej 5.30 - tylko biel i cisza.
Lubiana za wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to wyczekiwało się tej pory zabaw w śniegu, świąt, prezentów na Mikołaja.
Nielubiana za poranny chłód , zbyt krótkie dni, piruety zarówno pieszo jak i samochodem, konieczność wcześniejszego wstawania żeby odśnieżyć auto czy napalić w piecu.
Nielubiana za ten stres związany z wymuszonymi przedświątecznymi porządkami...

badyle

A skoro mowa o przedświątecznych porządkach... Świąt katolickich, jako takich nie obchodzę, bardziej czas przesilenia zimowego, kiedy dzień w końcu zaczyna przeciwstawiać się nocy w walce o panowanie nad godzinami doby. Mimo wszystko, przed nadejściem tej kalendarzowej zimy mam jakąś wewnętrzną potrzebę uporządkowania przestrzeni życiowej. Odkąd urodziła się Młodsza, robiłam to po łebkach, na ostatnią chwilę, więc w tym roku postanowiłam zacząć już 1 grudnia.
Plan był następujący:
1 tydzień: uporządkować wszystkie szafki, po 1-2 dni na każde pomieszczenie.
2 tydzień: powierzchnie zewnętrzne, okna, kąty dziury i inne pająki.
3 tydzień: dekorowanie domu na przyjście zimy, jak również na moje (w tym roku pół okrągłe) urodziny.
Wczoraj zrobiłam sobie nawet przedbiegi i jaki wniosek? BĘDZIE CIĘŻKO!
Dwie popołudniowe godziny postanowiłam poświęcić na posprzątanie kilku szafek w kuchni. Dwie godziny zamieniły się w sześć...Pracę umilały mi ciągle przerywniki typu: płacz Młodej, bo Starsza ją bije, krzyk Starszej bo młoda coś jej zabiera, ganianie Starszej do odrabiania lekcji, taniec z mopem bo się piesiu zsikał, latanie ze ścierą bo Młode coś wylały. Sytuacji nie poprawił też czasowy brak ciepłej wody i konieczność grzania wody, jak za dawnch czasów, na kuchni kaflowej.
Uff, mogłam zacząć miesiąc wcześniej...
Przy okazji przypaliłam suszące się pomarańcze i cytryny, mające zawisnąć na choinkowych badylach.

Resztki jesieni

A dzieci, jak to dzieci - zachwycone śniegiem.Szczególnie Młoda, która od rana stała w oknie i nie mogła doczekać się wyjścia na dwór. Oczywiście pierwszego dnia wróciły przemoczone do samych gaci, pierwsza kąpiel w śniegu musiała zostać zaliczona:-) Piesiu chyba mniej zadowolony (nowy nabytek, wnuk naszej zmarłej suki i siostrzeniec drugiej, zaginionej) - śnieg wyższy od niego.

Koks

Dziś kolejny dzień walki z chaosem.


A kasztan jak stał, tak stoi i nic sobie z tego wszystkiego nie robi...

wtorek, 31 października 2017

Pierwszy śnieg, ostatnie zbiory, zimne poranki i zimne wieczory

Po kilku dniach "złotej polskiej", przyszła szara, mokra i paskudna. Czas było poczynić ostatnie mikrozbiory warzywno - ziołowe. Przy nawale pomidorów, reszta warzyw niestety się zbytnio nie popisała...Zapasów na zimę zbyt dużych nie będzie, oprócz tego co wcześniej wylądowało w słoikach. Ale grunt, że przez całe lato i początek jesieni mogłam stoiska warzywne omijać szerokim łukiem.
Chwalić się nie ma czym, ale tak żeby było bardziej kolorowo:

 zielska różne

 nagietek 

  buractwo a raczej botwiństwo

resztki marchwi i opóźniona w rozwoju cebula
 
kapusta i kalafiory w rozmiarze XXL ;-)
 
i takie tam jesienne popierdółki






łysy kasztan



Niestety mijający właśnie październik okazał się pechowy dla drugiej z naszych suk (pierwsza zniknęła w bliżej niewyjaśnionych okolicznościach dwa m-ce temu) - wpadła pod koła samochodu...Szkoda psin...za cicho teraz na podwórku i za pusto.
Dzisiaj "helołiny" - trzeba zapalić świeczkę, dla tych co odeszli...











środa, 6 września 2017

Wrześniowa melancholia

Lato odeszło nie wiadomo kiedy... Za oknem szaro i mokro. Starsza poszła do szkoły, skończyły się leniwe poranki i beztroskie wieczory. Powróciło wstawanie z budzikiem i popołudniowa nerwówka przy odrabianiu lekcji.
 I przyszło jakieś uczucie niespełnienia... Masa rzeczy, które planowałam zrobić w wakacje, pozostała w stanie wyjściowym.
Nadszedł "czas słoików". Od zeszłego tygodnia przetwarzam to, co udało mi się wychodować w tym roku. Ketchup z cukinii, sałatka z zielonych pomidorów, przeciery, sałatka z cukinii, sałatka z kalarepy, marynowane pomidorki koktajlowe, sos słodko - kwaśny, syrop miętowy. Nad kuchnią kaflową suszy się zielenina, zioła i pierwsze prawdziwki.


Szczeniaki na podwórku wariują, dzieci w domu marudzą - pogoda nie pozwala wyszaleć im się na dworze.
Kilka dni bez słońca i już dopada mnie jakaś jesienna deprecha... (Chyba czas zacząć pić herbatki z dziurawca). Tylko żółte plamy wrotyczu kwitnacego za płotem przypominają jeszcze zeszłotygodniowe lato...

czwartek, 3 sierpnia 2017

Wszyscy mają wagę, mam i ja!

No i tak przez przypadek stałam się szczęśliwą posiadaczką starej komunistycznej (w dodatku rosyjskiej!) wagi sklepowej, jaka mi się od jakiegoś czasu marzyła. Za całe 20 zyli! Niestety jej gabaryty nie pozwolą mi jej ustawić w kuchni... szkoda. Trzeba będzie znaleźć jej jakieś dostojne miejsce... może na ganku?
Deprecha trochę przeszła, pomógł wyjazd bieszczadowo-festiwalowy (a i życiowe sprawy się przez to poprawiły:-)
Tymczasem nasza człowieczo-zwierzęca rodzinka znów się powiększyła - Helena nasza suka przesadziła tym razem...popełniła w sobotę sześć sztuk...Ktoś chętny?
Koty małe wariują, na szczeście wszystkie już zarezerwowane, jeden nawet już poszedł w siną dal..
Juro muszę się przeprosić z kablem od aparatu i wrzucić pare fotek (jak Małe Poczwarki czyt. dzieci pozwolą), bo dzisiejsza duchota mnie wykańcza.
Nikt tu nie zagląda, ale to nic. Będę miała lat 60 (jak dotrwam), to sama sobie zajrzę :-)

piątek, 14 lipca 2017

Deprecha

Cóż tu dużo pisać, dopadła mnie deprecha. Brak chęci do czegokolwiek, wieczny wkurw.  W nocy spać nie mogę, rano ciężko mi się zwlec z łóżka i zmusić do jakiejkolwiek aktywności. Milion rzeczy do zrobienia czeka odłożone na bok.
Wszystko mnie dobija...I tyle, bo nawet do napisania czegokolwiek ciężko mi się zmusić.

niedziela, 25 czerwca 2017

Smutnawo...

No i nadszedł czas, w którym będę musiała podjąć kilka bardzo ważnych, życiowych decyzji. Większość planów na przyszłość legło w gruzach, trzeba będzie obrać inną ścieżkę. W którą stronę i dokąd mnie ona doprowadzi, nie mam pojęcia...
Przy okazji zdałam sobie sprawę, jak dwulicowi potrafią być ludzie, którzy mnie otaczają .
Tymczasem rozpoczęły się wakacje. Moje starsze właśnie odebrało pierwsze w swoim życiu świadectwo. Ja w końcu będę miała te 3 poranne godziny dziennie, żeby podłubać w ziemi. Ogródek zarasta niemiłosiernie, ale są też oczywiście i pierwsze plony.
Rzodkiewki już stwardniały i za bardzo nie nadają się już do jedzenia, za to rosnący razem z nimi groch obrodził pięknie i miałam przyjemność kosztować już pierwsze dojrzałe strąki.
Sałaty też ładnie urosły, niestety kret upodobał sobie właśnie ich miejscówkę na swoje kopce. Na części wcześniej sadzonych pomidorów pojawiły się już kwiaty, a rosnący w ich pobliżu rumianek (zostawiony specjalnie podczas plewienia), obalił się pod własnym cieżarem - czas na zbiór ziela na susz :-)
Pojawiły się pierwsze miniaturowe cukinki, niestety nie wiem czemu dwie z nich gniją na końcach...muszę o tym poczytać.
Kalarepki są już wielkości orzecha włoskiego, jarmuż pięknie się przyjął, słoneczniki mają już pąki.
No i doczekałam się pierwszy raz w życiu strąków bobu! Co roku pożerały mi je mszyce, w tym, po ich pojawieniu się zastosowałam oprysk z tytoniu, który jednak podziałał.
I pierwszy raz urósł mi koper - już wiem co i jak: jedną grządkę mam na słońcu i tam ledwo co go widać i do tego żółknie, na drugiej zacieniają go buraki i słoneczniki, i tam jest aromatyczny i dorodny.
Ogórki będę musiała w tym roku kisić kupne - wykiełkowało tylko kilka sztuk.
Nie wiem tylko, czy zdążę nacieszyć się plonami...mam nadzieję, że przez wakacje zdążą dojrzeć, bo co będzie potem to jeszcze nie wiem...Najprawdopodobniej czeka mnie powrót do klitki w bloku - nie wyobrażam sobie tego - dwa psy, kot, dwoje dzieci i ja.
W międzyczasie pojawiło się nowe życie, a raczej cztery - Hrabina powiła czwórkę pięknych kociąt. Gdzie? Oczywiście w wersalce :-)
Niestety tego samego dnia swój żywot zakończył szkolny chomik, którym opiekowała się moja starsza. Jedno życie przychodzi, inne odchodzi...koło Matki Natury.
A mebelki do odnowienia jak stały, tak stoją...ach ten mój słomiany zapał.
I zdjęcia też oczywiście nie porobione.
Jeżeli ktoś tu zagląda - Pozdrawiam smutnawo.

niedziela, 4 czerwca 2017

Burzowo...

Po bardzo dusznym dniu nadeszła dość intensywna, lecz krótka burza.
Roślinki w ogródku na szczęście całe i w końcu porządnie podlane. Chwaścisko po deszczu też pewnie jutro zaatakuje ze zdwojoną siłą ...
Pierwsze zielska zebrane i zasuszone (pokrzywa, kwiat kasztanowca, babka lancetowata, kwiat jasnoty białej i ciut przywrotnika).

piątek, 31 marca 2017

Wiosennie..

W końcu nadeszła moja ulubiona pora roku. Niestety pewne życiowe problemy nie pozwalają mi się nią cieszyć jak należy. Żeby o nich choć trochę zapomnieć, wyrzywam się "przyziemnie" w ogródku. Puki co wygląda to jak wielkie pobojowisko, ale za parę dni powinno nabrać kształtu.
Nasiona na sadzonki już wysiane, ogródek przekopany i z grubsza odchwaszczony, gorzej z planem nasadzeń, który zmnieniam już chyba z piąty raz...I pewnie w końcu i tak znów posadzę wszystko "jak leci" - część urośnie, część nie ...życie:-)
Trzeci rok z rzędu próbuję uprawy współrzędnej, jednak w necie często można znaleźć sprzeczne informacje, co do tego co koło czego dobrze rośnie. Chyba trzeba przetestować samemu... Z zeszłorocznych hitów  niewątpliwie najlepiej wyszło "sparowanie" na jednej grządce buraka z ogórkiem - jedno i drugie dało ładne plony. I wyszukany u "Ogród na końcu świata" drożdżowy sposób na choroby grzybowe pomidorów.
W tym roku czas na kolejne eksperymenty. Co z tego wyjdzie, czas pokaże...

Pozdrawiam wiosennie - ogrodowo.

niedziela, 5 lutego 2017

Relax...

Uff, w końcu trochę ciszy i spokoju. Pusty dom (nie licząc chomika i kota)...
Moje małe "adehadówki" pojechały na noc do dziadków, chłopiszcze na narty, w końcu można trochę odpocząć...
Co prawda w łazience czeka sterta prania, zlew pełen garów, pokój dzieci wygląda jak po przejściu huraganu Catrina a  łazienka, która służyła mi przez ostatni tydzień jako warsztat, jak po wybuchu Etny... Ale to wszystko może chwilę poczekać...Nie ucieknie... (niestety)
Cały tydzień na pełnych obrotach: odnawianie dwóch mebli, ogarnięcie spraw papierologicznych niecierpiących zwłoki, niespodziewany trzydniowy najazd barbarzyńców (czyli trójki znajomych), niewielkie przemeblowania i to co zwykle, czyli wycieranie milion razy rozlanego soku z podłogi, zmywanie farbek i mazaków z mebli, pranie, sprzątanie, gotowanie (czyli codzienne sranie w banie:-)...

Nie pamiętam już kiedy ostani raz miałam chwilę tylko dla siebie...Chyba jakieś ponad 6,5 roku temu przed narodzinami pierwszej adehadówki. No dobra, może czasem jak była u dziadków...Z pewnością nie w ciągu ostatniego półtora roku, kiedy na świat przyszła druga.

Szkoda tylko, że oduczyłam się odpoczywać...Nie potrafię się zrestartować, cały czas myślę tylko o rzeczach, które powinnam w tym czasie robić, zamiast siedzieć bezczynnie przy kompie. Pomimo ferii, zrywam się codziennie z łóżka o 6 rano, żeby zdążyć coś zrobić zanim dzieci wstaną i zaczną robić demolkę...
Ale na jutro wyłączam budzik i będę spać, dopuki się nie obudzę.
Czyli pewnie do szóstej... cha cha cha!

czwartek, 2 lutego 2017

W oczekiwaniu na wiosnę i renowacja paru pierdółek


 2 lutego - w wierzeniach słowiańskich to dzień, w którym zima spotyka się z wiosną.
Tymczasem na dworze delikatna plucha, a w domu nowe nabytki...
Starusieńkie lustro, takaż sama szafka i niezbyt stara komoda.

Lustro pozostawiłam w wersji pierwotnej - ma swój niepowtarzalny urok, szafeczka do całkowitej renowacji, to samo komoda...

Przy okazji wieszania lustra powstała szafka ze skrzynek po owocach.
Ze szlifowaniem komody męczę się od wczoraj - ręczne szlifowanie starego lakieru jest niestety bardzo pracochłonne...


Tymczasem czekam do soboty...Rzut szlifierek w Lidlu :-)


Pozdrawiam zimowo-wiosennie

piątek, 27 stycznia 2017

Post pierwszy...a może post scriptum?


Czytałam, czytałam, czytałam...aż w końcu zachciało mi się mieć swojego...
Po co?
Nie po to aby zostać "słynnom blogerkom", ale po to aby mieć miejsce do zapisywania swoich planów, projektów, przebiegu ich realizacji oraz końcowych efektów. Ma to być lekarstwo na mój brak konsekwencji i słomiany zapał.
Pomysłów cała masa, ale z realizacją kulawo...

Tak samo było z blogiem...Założyć, założyłam i stał tak bidny bez żadnego wpisu...Podobno najtrudniej jest zacząć. No więc pierwszy krok i pierwszy wpis za mną, mam nadzieję, że nie ostatni :-)