środa, 6 września 2017

Wrześniowa melancholia

Lato odeszło nie wiadomo kiedy... Za oknem szaro i mokro. Starsza poszła do szkoły, skończyły się leniwe poranki i beztroskie wieczory. Powróciło wstawanie z budzikiem i popołudniowa nerwówka przy odrabianiu lekcji.
 I przyszło jakieś uczucie niespełnienia... Masa rzeczy, które planowałam zrobić w wakacje, pozostała w stanie wyjściowym.
Nadszedł "czas słoików". Od zeszłego tygodnia przetwarzam to, co udało mi się wychodować w tym roku. Ketchup z cukinii, sałatka z zielonych pomidorów, przeciery, sałatka z cukinii, sałatka z kalarepy, marynowane pomidorki koktajlowe, sos słodko - kwaśny, syrop miętowy. Nad kuchnią kaflową suszy się zielenina, zioła i pierwsze prawdziwki.


Szczeniaki na podwórku wariują, dzieci w domu marudzą - pogoda nie pozwala wyszaleć im się na dworze.
Kilka dni bez słońca i już dopada mnie jakaś jesienna deprecha... (Chyba czas zacząć pić herbatki z dziurawca). Tylko żółte plamy wrotyczu kwitnacego za płotem przypominają jeszcze zeszłotygodniowe lato...