piątek, 2 lutego 2018

Ch... bombki strzelił, choinki nie będzie...

Nabyłam swego czasu na OLX takie cuś:

zdjęcie poprzedniego właściciela
Nabyłam, bo wielki potencjał w tym widziałam. Wizja była następująca:
oszlifować, zabejcować, polakierować, nogi na czarno pomalować, uchwyt na czarny muszelkowy wymienić. I miało być pięknie...
Jednak od samego początku szafka owa, lub też nocny stolik, do współpracy ze mną skory nie był...Najpierw nie dało się wysunąć szuflady, potem uchwytu...
Gdy to już się udało, jedna ze śrub mocujących  nogi postanowiła za wszelką cenę  pozostać na swoim miejscu.
Kiedy w końcu  udało się ów organizm na części pierwsze rozczłonkować, przyszła kolej na szlifowanie, bejcowanie i lakier. Niestety blat po tych zabiegach okazał się nader paskudny. Zmiana koncepcji - blat na czarno. Koncepcja koncepcją, a życie życiem...Farba nie chciała kryć. Po czterech warstwach dopiero było ok. Potem nogi na czarno, wymiana uchwytu na nowy, pomalowany również na czarno i wszystkie członki gotowe były do ponownego złożenia w całość. Niestety, tutaj na jaw wyszła w końcu moja ślepota...Nogi okazały się być tak krzywe, że po skręceniu wyszło z tego jakieś pokraczne cuś. (Wcześniejszą jej "asymetryczność" zwalałam na obecność zaślepki w jednej nodze).
I cała robota psu na budę... Po prawie trzech tygodniach  mordęki, poddałam się...
Ale żeby chociaż jakiś ochłap mi się z tego uchował, zostawiłam sobie to:


czyli część z szufladką.

Chociaż ramę na "tablicokluczowywieszak" udało się przerobić. Też była aspołecznie nastawiona, ale po długich negocjacjach uległa.


przed
po
W międzyczasie walnęłam szybki lifting kredensu kuchennego, na który nie mogę już patrzeć...(halo, mój wymarzony kredensie, gdzie jesteś?)

przed
po


 I takie to perypetie przeróbkowe mi się ostatnio przytrafiły...