piątek, 9 października 2020

Popieprzyło się...

 Czekałam z wpisem do września, aż ogródkowe walki ze wszystkim co się da dobiegną końca, dzieci pójdą w końcu do szkoły, wyprawka dla Najmłodszej, mającej do nas dołączyć w październiku będzie gotowa, a ja będę w końcu miała chwilę żeby siąść na przysłowiowej dupie...

Jednak wszystko się popieprzyło...Na początku września miałam udać się do szpitala celem kilkudniowej obserwacji, w czwartej dobie miałam wyjść do domu. Nie wyszłam...pacjentce leżącej ze mną na sali wyszedł wynik covid-19 pozytywny...I zaczął się koszmar...tydzień izolacji, mój test - covid-19 pozytywny, decyzja lekarzy (bez konsultacji ze mną zresztą) - cięcie cesarskie w 37 tyg. ciąży. Nie zgodziłam się, proszę o usg - z dzieckiem wszystko ok, więc czekamy, wyrok odroczony na tydzień. Za tydzień mam mieć kolejny wymaz, liczę że przez ten czas zwalczę wirusa...Szpital nie czeka jednak do umówionego terminu i robi wymaz 4 dni wcześniej, wynik bez zmian...Decyzja o indukcji porodu, żeby szybciej mieć, jak to określił ordynator, jeden problem z głowy, zmanipulowane USG, w którego wynik zupełnie nie wierzę, jednak nie pozostawia mi wyboru...W 38 tygodniu każą rodzić...Rodzę w mękach wywołanych sztuczną indukcją, pośpiechem personelu (mają 4 godziny żebym urodziła), warunkami znacznie odbiegającymi od normalnych warunków porodu...z problemami, ale udaje się, rodzę. Dziecko widzę jedynie przez chwilę, zabierają je...ja wracam do swojej izolatki, dziecko pod opiekę pielęgniarek...Nie  wolno mi zobaczyć, przytulić, nakarmić...Momentami zastanawiam się czy naprawdę byłam w ciąży, czy tylko mi się to śniło...tylko bóle poporodowe nie pozostawiają złudzeń...Po kilku dniach dziecko trafia do domu, ja do izolacji...dobrze że mam gdzie  się podziać, bez wygód ...zimna woda, jedno sprawne gniazdko, łóżko, parę przedmiotów żeby przeżyć, ale dach nad głową jest...W domu muszą sobie radzić, całe szczęście z Małą nie ma większych problemów, więc jest ok...Siedzę i czekam końca, w bólach odciągam sztucznie pokarm, byleby tylko nie stracić laktacji, dolegliwości poporodowe przybierają na sile...Zaciskam zęby żeby wytrzymać...

Dziś ostatnia doba...najdłuższa...

sobota, 9 maja 2020

Wiejska apteka

Wiosna zaczyna się nieśmiało młodym mniszkiem, malutkimi listkami pokrzywy, szczawiem i pojedynczymi listkami czosnku niedźwiedziego, które dodaję do zielonych zup i sałatek. W maju przyroda wybucha. Czasem wręcz ciężko nadążyć...bez czarny, bluszczyk kurdybanek, glistnik, mniszek lekarski, pokrzywa, o którą trzeba walczyć ze ślimakami, kasztanowiec, brzoza, pędy sosny. Potem przychodzi czas na kolejne i kolejne...przywrotnik, srebrnik, skrzyp krwawnik, babka, wrotycz, bukwica...długo by wymieniać. I tak do późnej jesieni...coś się suszy, coś maceruje, coś przeobraża się w pyszne syropki lub nalewki...I stoi potem szczelnie zakręcone, czekając na właściwy czas.
Moja przygoda z ziołami trwa niezmiennie od dwudziestu kilku lat. Zaczynałam od wiedzy zdobytej z książki wypożyczonej z miejskiej biblioteki i pierwszych ziół przynoszonych spoza betonowej strefy mojego rodzinnego miasta. Teraz, mieszkając na wsi, wystarczy że zrobię parę kroków i już mogę się cieszyć darami Natury. Oprócz wiedzy książkowej doszła intuicja, czasem bezwiednie zastosuję coś co okazuje się potem pomocne w danym przypadku. Nie szukam konkretnych ziół na siłę, zbieram te, które same przychodzą. Niektórym pozwalam rozpanoszyć się po warzywniaku (rumianek, krwawnik) z niektórymi niestety muszę toczyć nieustanną walkę o skrawek ziemi (np. perz), z innymi z kolei idę na kompromis (mniszek).
Jedne chronią warzywa przed szkodnikami, inne wspomagają ich wzrost, jeszcze inne przyciągają owady zapylające...Wszystko w przyrodzie współpracuje, trzeba tylko wsłuchać się w jej rytm...

środa, 6 maja 2020

Majowa rzeczywistość

No i nastał maj...mój ulubiony miesiąc.
Nie tak miał wyglądać, nie taka miała być ta wiosna, nie tak miał zacząć się ten rok...jest jak jest...
Plany planami, a życie życiem...A życie potrafi zaskoczyć i to mocno...W nosie ma nasze zamierzenia, robi swoje i nie pyta nas o zdanie. I cóż nam pozostaje? Prawo ewolucji - przystosuj się lub zgiń.
No tak, plany na obecny rok, przez wiadomą sytuację, poszły się ...Mało tego, plany bardziej długofalowe, przez moją osobistą sytuację, która nie powiem, mocno mnie zaskoczyła, również...Uczę się akceptacji, tego co jest, co przyszło, co ma nadejść...Czy jest w tym jakiś głębszy sens? Chcę wierzyć, że tak, że objawi się w odpowiednim momencie i pokaże, że wszystko jest tak jak być powinno.
A tymczasem...w ogródku jak zwykle obsuwa, prace zaczęte dopiero z końcem kwietnia. Domowe rozsady, po pięknym wzroście padły na grzyba lub inne pieroństwo. Podejście numer dwa w toku... Dzień podzielony między domową szkołę, domowe przedszkole a karczowanie ogródka. W międzyczasie szybki obiad, pranie etc. etc. Przy ładnej pogodzie zbieram i przetwarzam to co daje natura. Syrop z mniszka, nalewki z bzu czarnego, pąków kasztanowca,bluszczyka kurdybanka, glistnika.

I tak...toczy się...

środa, 8 stycznia 2020

Czy to naprawdę nasze życie?




Czy tak naprawdę żyjemy? Czy podążamy własną ścieżką czy nieświadomie trzymamy się kursu narzuconego nam przez innych? Społeczeństwo, standardy, religię, rodzinę, otoczenie? Czy robimy coś bo tego chcemy, czy tylko dlatego że tak wg innych powinniśmy postępować? Czy nasze marzenia i pragnienia pochodzą od nas czy dyktowane są panującym aktualnie trendem? Czy potrafimy spojrzeć na świat takim jak naprawdę jest, bez instalowanych nam w umysłach korektorów odbioru rzeczywistości? 
Inni wiedzą lepiej jak powinniśmy żyć, inni wiedzą lepiej co jest dla nas dobre, inni wiedzą lepiej co powinno być naszym celem. Inni...a gdzie w tym wszystkim jesteśmy my? Czy jeszcze w ogóle istniejemy czy jesteśmy już tylko hologramem cudzych oczekiwań?
Czy po opuszczeniu bezpiecznej klatki stereotypów będziemy potrafili odnaleźć właściwą ścieżkę? Czy po kilku nabitych po omacku guzach powrócimy do utartych schematów?

Miesiąc temu rzuciłam pracę...dosłownie...z dnia na dzień, a wręcz z godziny na godzinę...Choć myśl ta dojrzewała we mnie przez ostatnie kilka miesięcy, decyzję tę podjęłam pod wpływem chwili...Coś pękło, coś osiągnęło pułap..Poczułam że natychmiast muszę coś zrobić, coś drastycznie zmienić w swoim życiu...Praca była tylko jednym z aspektów, ale jakiś musiał być ten pierwszy krok. Utknęłam życiowo w miejscu, a wręcz zaczęłam się cofać...Frustracja wypełniała moje dni powodując coraz częstsze próby pozornej ucieczki od problemów niezbyt zdrowymi metodami...Jeszcze chwila i nastąpiłaby katastrofa...
Po chwilowej uldze, poczuciu "uff w końcu coś zrobiłam, teraz będzie lepiej " nadeszły wątpliwości. Co teraz? Co dalej?
Jak żyć? Ba, z czego żyć?
Presja otoczenia, miałaś pracę pod nosem to było ci źle...miałaś pracę słabo płatną, a czy myślisz że gdzie indziej będzie lepiej?...miałaś pracę bez możliwości rozwoju, doskonalenia się, rozwijania kreatywności, wpływu na cokolwiek...ale po co ci to? Miałaś pracę...a teraz nie masz...
Ale czy musimy przez całe życie zadowalać się danym nam minimum? Podporządkowywać się oczekiwaniom otoczenia? Dokonywać wyborów przez pryzmat cudzych opinii? Żyć według narzuconych schematów? Czy można to w ogóle nazwać życiem? 

Czy zrobiłam dobrze? Nie wiem. Co dalej? Nie wiem. Jaką pójdę drogą i gdzie mnie ona zaprowadzi? Nie wiem.
Mnóstwo pytań, zero odpowiedzi...I ta wewnętrzna presja że już powinnam coś ze sobą zrobić, podjąć jakieś decyzje, postawić kroki w konkretnym kierunku...
A w głowie czarna dziura.