Uff, w końcu trochę ciszy i spokoju. Pusty dom (nie licząc chomika i kota)...
Moje małe "adehadówki" pojechały na noc do dziadków, chłopiszcze na narty, w końcu można trochę odpocząć...
Co prawda w łazience czeka sterta prania, zlew pełen garów, pokój dzieci wygląda jak po przejściu huraganu Catrina a łazienka, która służyła mi przez ostatni tydzień jako warsztat, jak po wybuchu Etny... Ale to wszystko może chwilę poczekać...Nie ucieknie... (niestety)
Cały tydzień na pełnych obrotach: odnawianie dwóch mebli, ogarnięcie spraw papierologicznych niecierpiących zwłoki, niespodziewany trzydniowy najazd barbarzyńców (czyli trójki znajomych), niewielkie przemeblowania i to co zwykle, czyli wycieranie milion razy rozlanego soku z podłogi, zmywanie farbek i mazaków z mebli, pranie, sprzątanie, gotowanie (czyli codzienne sranie w banie:-)...
Nie pamiętam już kiedy ostani raz miałam chwilę tylko dla siebie...Chyba jakieś ponad 6,5 roku temu przed narodzinami pierwszej adehadówki. No dobra, może czasem jak była u dziadków...Z pewnością nie w ciągu ostatniego półtora roku, kiedy na świat przyszła druga.
Szkoda tylko, że oduczyłam się odpoczywać...Nie potrafię się zrestartować, cały czas myślę tylko o rzeczach, które powinnam w tym czasie robić, zamiast siedzieć bezczynnie przy kompie. Pomimo ferii, zrywam się codziennie z łóżka o 6 rano, żeby zdążyć coś zrobić zanim dzieci wstaną i zaczną robić demolkę...
Ale na jutro wyłączam budzik i będę spać, dopuki się nie obudzę.
Czyli pewnie do szóstej... cha cha cha!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz